Jak (nie) uczyć się słówek?

Jak wyznaczać sobie cele językowe?
Wrzesień 12, 2019

Temat spędzający sen z powiek zapewne nie jednej z nas. Dlaczego?

  • …bo często nauka słownictwa kończy się fiaskiem na widok rosnącej listy słówek do wkucia
  • …poczucia, że wszystkie słówka świata trzeba koniecznie znać
  • …bo często okazuje się, że to co myślałyśmy, że mamy w małym palcu, jednak gdzieś uleciało i trzeba znowu powtórzyć.

Znasz to, prawda?

Sama kiedyś przechodziłam przez takie problemy i dylematy. Może zacznę od tego jak to było ze mną. Opowiem Ci dwie skrajne historie z mojego życia. Zdradzę Ci, co sprawdzało się w mojej nauce słówek, a co było do poprawy. I opowiem Ci jak teraz poszerzam swoje słownictwo dzieląc się z Tobą moimi sposobami.

Artykuł wyszedł mi dość obszerny dlatego podzieliłam go na dwie części. Pierwsza część przed Tobą. Natomiast druga część w postaci moich odpowiedzi na pytania, które pojawiły się od mojej społeczności na IG stories pofruną do wszystkich zapisanych osób w Newsletterze w przyszłym tygodniu. Dlaczego tak? Pewnie już zauważyłaś, że na blogu piszę dość obszerne artykuły i jak zaczęłam stukać w klawiaturę moje wskazówki na Wasze pytania, to wyszło drugie tyle:) Także kolejna dawka inspiracji jak się uczyć efektywnie słownictwa już w przyszłym tygodniu na Twojej skrzyneczce. Jeśli nie jesteś jeszcze zapisana do Newslettera podrzucam link do zapisu.   

Pierwsza historia. Liceum…

Jeśli już jesteś ze mną dłużej i czytałaś moje wcześniejsze artykuły, to pewnie wiesz, że orłem z angielskiego to ja nigdy nie byłam;) Będąc w liceum (wtedy jeszcze nie wiedziałam, że wyląduję na filologii i kilku innych studiach uzupełniających moją wiedzę z “anglika” – jak to się kiedyś mówiło) upiornie czarne chmury wisiały nade mną przypominając o zbliżającej się maturze z angielskiego. Jako kompletny leser w nauce tego języka przyszedł czas, że musiałam zakasać rękawy i wziąć się do roboty. Owszem pierwszy krok to było zapisanie się na korki z angielskiego. Szczęście chciało, że trafiłam na świetną nauczycielkę. Dzięki niej polubiłam się z tym językiem tak bardzo, że nie tylko wkręciłam się w naukę, ale zdałam maturę bez problemu i… decyzja o mojej przyszłości zawodowej stała się klarowna – idę na filologię! Po co o tym tu wspominam? Ponieważ chcę Ci przypomnieć, że owszem dobry nauczyciel jest na wagę złota, ale gdybym sama nie pracowała nad językiem odrabiając prace domowe, robiąc mnóstwo ćwiczeń – zapewne dalej chodziłabym do tej przecudownej nauczycielki. Nauczyciel jest dla Ciebie drogowskazem. Osobą z wiedzą, którą ma Ci przekazać, ale to Ty musisz wykonać tą największą pracę wykorzystując wiedzę swojego mentora. Taka prawda. No właśnie…

…to jak się uczyłam słownictwa będąc jeszcze uczennicą liceum?

Lata 90. nie były czasami, w których aplikacje wspomagające nas w nauce języków bombardowały nas z każdej strony. Były podręczniki, papierowe słowniki i zeszyty. I to w zupełności wystarczyło. Moja tamtejsza „technika” wyglądała tak:

  1. Słówka nieznane mi zapisywałam w zeszycie.
  2. Używałam kolorów, podkreśleń, zakreśleń.
  3. Zapisywałam prawie każdy nowy wyraz.
  4. Bez względu czy uczyłam się gramatyki, czy czytałam czy robiłam ćwiczenia ze słuchu, to z tych ćwiczeń wypisywałam nowe wyrazy.

Jakie były plusy i minusy takiego „oldschoolowego ”sposobu?

Ogromnym plusem było z pewnością wykorzystywanie każdej nadarzającej się okazji do poszerzania słownictwa. Nawet podczas ćwiczenia gramatyki. Zastanów się jak to jest u Ciebie… czy robiąc ćwiczenia gramatyczne nigdy nie natknęłaś się na nowy wyraz/zwrot w zdaniu? Z pewnością zdarzyło Ci się to nie raz. Warto to wykorzystać i takie napotkane „nowości” również zapisywać. W ten sposób masz dwie pieczenie na jednym ogniu. Podobnie z czytaniem i słuchaniem. Wykorzystuj i takie okazje do poszerzania słownictwa.

Czy muszę wspominać, że pisanie ręczne, zeszyt, kolory w notatkach są istotnym elementem? Zapewne znasz już moje zdanie i wiesz, że uważam iż żadna aplikacja nie zastąpi ręcznego pisania. Na etapie notowania pobudzasz swój mózg to bardzo intensywnej pracy. Pisząc stymulujesz większe obszary mózgu ponieważ już wtedy mózg uruchamia procesy kodowania informacji, ale o tym jak zorganizować sobie notatki, aby nauka była efektywna i bez chaosu przeczytasz w moim ebooku „Sekret Nauki”.

Co było do usprawnienia?

Na pewno punkt trzeci, ale tak połowicznie. Dlaczego? Już tłumaczę. Zapisywanie każdego nowego wyrazu jest ok, ale jeśli jesteś początkująca. Wtedy ćwiczenia bazują na bardzo podstawowym słownictwie i takim, które na pewno warto przyswoić, ale jeśli jesteś bardziej zaawansowana w języku to uważam, że notowanie każdego (ale to każdego) nowego wyrazu mija się z celem. Nasz mózg i tak nie przyswoi tego wszystkiego! A Ty na widok rosnącej listy słówek będziesz dostawała gęsiej skórki. Poza tym, zastanów się ile razy notowałaś „bezsensowne” słówka do zeszytu i starałaś się je zapamiętać, a w efekcie i tak ich nie używałaś na co dzień (o ile w ogóle je zapamiętałaś)? Dlatego będąc na wyższym poziomie znajomości języka (B1 wzwyż) odradzam Ci uczenie się każdego nowo napotkanego wyrazu. Polecam inne podejście. Zanim zanotujesz nowy wyraz zastanów się:

  • czy będzie Ci on potrzebny w przyszłej komunikacji?
  • w jakich okolicznościach wykorzystałabyś go?

Po prostu patrz na praktyczny aspekt poszerzania swojego zasobu słów, a nie jak na pobijanie rekordów w zakuwaniu (i tak mało użytecznego dla Ciebie) słownictwa. Między innymi dlatego stworzyłam fiszkowe ebooki  czy Listę angielskich Phrasal Verbs, w których poznasz słownictwo towarzyszące nam na co dzień.

W mojej licealnej taktyce był jeszcze jeden minus, który może na tamtym etapie nie okazał się jeszcze tak wielkim defektem, ale czym dalej z nauką w las, to brak tego elementu zaczął mi boleśnie doskwierać.

Zmieniło się to dopiero na studiach…

Był zeszyt. Podręczniki. Zapisywanie nowych słówek w zeszycie. Kolory. Czujność na nowe słownictwo podczas robienia ćwiczeń na gramatykę, listeningu czy readingu była włączona cały czas na maxa. To się nie zmieniło.

To w takim razie, co szwankowało i uległo zmianie?

Sposób notowania. Otóż mój zeszyt nie przypominał już listy składającej się z dwóch kolumn polsko-angielskich wyrazów. Nowo napotkane słowo trafiało do zeszytu, ale z angielską definicją, a dopiero potem zapisywałam polski odpowiednik, przykład oraz wymowę. Takie notowanie na wypasie:). Może pomyślisz, że „ok… na filologii to ja rozumiem, ale tak dla siebie to po co to wszystko notować?” Otóż zalet jest cała masa i jeszcze trochę:) Po pierwsze będąc na poziomie bardziej zaawansowanym słownictwo nie zawsze jest takie oczywiste. Weźmy pod uwagę przymiotniki. Jeśli zerkniesz do słownika jak jest po angielsku „oszalały” to ukaże Ci się co najmniej kilka propozycji: crazy, frantic, delirious, bonkers, itd. No i który wybrać jeśli chcesz powiedzieć, że ktoś „oszalał z rozpaczy/przerażenia”? Z pewnością nie jest to loteria i dlatego korzystając ze słownika angielsko-angielskiego, definicja, którą w nim znajdziesz, rozwieje Twoje wszelkie wątpliwości. Poza tym czytając te króciutkie definicje mózg zaczyna myśleć po angielsku. No i przykłady, przykłady, przykłady… Nie musisz sama wznosić się na wyżyny kreatywności w obawie, że wymyślisz zdanie z błędem. Po prostu przepisz zdanie ze słownika. Głowa lepiej zapamiętuje słowa osadzone w kontekście. Taki przykład również pokaże Ci jak należy ten wyraz zastosować w zdaniu. I na koniec wymowa. Chyba nic nie muszę więcej dodawać. To jest niezwykle ważny element uczenia się słownictwa. Jeśli nie czujesz się „za pan brat” z fonetycznym zapisem, naprawdę nic nie szkodzi. Odpal słownik z lektorem. Posłuchaj jak on/ona wymawia ten wyraz i zapisz wymowę w zeszycie tak jak ją słyszysz. Lepiej tak niż to zaniedbać, bo potem różne kwiatki wychodzą. I co z tego, że będziesz miała do perfekcji opanowane słownictwo jeśli i tak z wymową będziesz na bakier. Moje fiszkowe ebooki są właśnie tak zbudowane. Do każdego wyrazu znajdziesz przykład i wymowę. Ponadto w każdym zestawie jest mnóstwo ćwiczeń na utrwalenie całego słownictwa i co najważniejsze są wskazówki jak efektywnie uczyć się z fiszek.

I tu przechodzimy do drugiej historii – przygotowania do egzaminu na tłumacza przysięgłego…

Tu się działo. Materiału do nauki co nie miara. Słownictwo temat rzeka. Miało się wrażenie, że Amazonka jest krótsza. A doba jak miała 24h tak miała. No to co tu zrobić? Wklepywać wszystko do Excela (bo tak szybciej) z nadzieją, że coś podczas stukania w klawiaturę wejdzie do głowy – tak jak przy ręcznych notatkach. W takie coś poszłam mając już jedną nieudaną próbę zdania egzaminu na tłumacza. To jak uczyłam się do tego pierwszego podejścia? Otóż pierwsze podejście miałam świeżo po skończeniu studiów podyplomowych, na których uczyłam się tylko z zeszytu i moich notatek. I owszem nie zdałam części pisemnej, ale brakowało mi zaledwie kilku punktów (raptem jakieś 4). I choć na takim egzaminie możesz korzystać z własnych słowników, to uwierz mi nie ma na to czasu. Cztery teksty do przetłumaczenia wciągu 4h są (a może powinnam napisać „były”, bo nie wiem jak jest teraz) bardzo wymagające i trudne. Jak najwięcej terminów, zwrotów, słownictwa musisz mieć w głowie. Byłam tak dobrze przygotowana, że nie dość, że skończyłam przed czasem, to może max dwa razy sięgnęłam po słownik. Zdawało się, że ręka sama sunęła po papierze słuchając tego, co głowa wyposażona w wiedzę jej podpowiada. Tak więc to pierwsze podejście dzieliło mnie kilkoma punktami od sukcesu. Natomiast każda kolejna pró… kicha za kichą… z kilku powodów. Excel wciąż grał pierwsze skrzypce (“boszcz” nie wiem czemu ciągle ślepo w to szłam?!). Panika. Stres. Zmęczenie materiału. Widok nudnych piętrzących się Excelowskich notatek nie zachęcał do nauki. Setki terminów zapisanych kolumnowo nie wiele mi mówiły o prawidłowym kontekście ich użycia. Stres i panika nie ułatwiały procesu zapamiętywania. Zmęczenie i brak większego zaangażowania oraz „chemii” do nauki prawniczego słownictwa zgasł bezpowrotnie.

A w jaki sposób teraz uczę się i poszerzam zasób swojego słownictwa?

  • oczywiście, że mam zeszyt, w którym notuję nowe dla mnie zwroty , słówka, całe wyrażenia, a nawet zdania. Taki mój słownik „szyty na moje językowe potrzeby”.
  • mam otwarty umysł na nowe i ciekawe zwroty, a przede wszystkim takie, które są właśnie „szyte pode mnie”. Inaczej mówiąc staram się zapisywać i zapamiętać tylko takie słowa, zwroty, wyrażenia, które uznam za przydatne mi w rozmowie, dzięki którym będę brzmieć naturalniej, łatwiej mi będzie dogadać się czy zareagować w rozmowie. Takie „smaczki” językowe z cyklu „przyda się”.
  • zwroty “szyte pode mnie” staram się znaleźć w każdej styczności z językiem angielskim, tzn. czytając, słuchając, oglądając… Po prostu wszędzie staram się być „czujna” na ciekawe słownictwo, a nie na „wszystko mi nowe”.

Jaki mianownik łączy te trzy powyższe punkty? Ostra selekcja. Nie ważne czy czytam książkę po angielsku, czy oglądam anglojęzyczny film, słucham podcastu czy piosenek w języku angielskim… – zawsze poddaję nieznane mi słówka selekcji. Jeśli po sprawdzeniu w słowniku okaże się, że ten wyraz należy do jakiejś wąskiej dziedziny lub po głębszym zastanowieniu uznam, że nie będę miała okazji by go użyć, to nie zaprzątam sobie nim głowy i nie zapisuję. Nie staram się zapamiętać. Potrzebuję miejsca w mojej głowie na bardziej przydatne sformułowania.

No właśnie sformułowania. To jest ważny element tej układanki o ile nie najważniejszy. Staram się jak najmniej uczyć pojedynczych słówek gdzieś tam zobaczonych czy usłyszanych. Raczej zwracam uwagę na całe sformułowanie. Inaczej mówiąc lubię się uczyć całych zdań, zwrotów. To trochę tak jak uczą się dzieci. Usłyszą jakiś tekst u dorosłych, a potem ciągle go powtarzają.

Lubię też się zastanowić jakbym powiedziała „coś tam” znajdując się w jakiejś sytuacji. Dla lepszego zobrazowania podam Ci przykład. Weźmy taką sytuację: jesteś na przyjęciu i Twoi znajomi ni z gruszki ni z pietruszki oświadczają, że się zaręczyli i ktoś z towarzystwa rzuca „Wypijmy za to!” Niech Ci się lampka zapali. Zastanów się jakbyś miała to powiedzieć po angielsku. Nie wiesz? To właśnie oznacza, że w wolnej chwili musisz zerknąć do słownika, zapisać to i utrwalać. W ten sposób możesz wzbogacić się o naprawdę fajne codzienne zwroty, a przecież o to chodzi w poszerzaniu słownictwa, prawda?

Psst... Wypijmy za to! czyli “Let’s drink to that!“;)

Staram „zanurzyć się” w języku na tyle ile to tylko możliwe. Może nie rzucam się całkowicie na głęboką wodę, aby angielski był 24h na dobę w moim życiu, ale staram się, aby mnie otaczał tam gdzie tylko się da. Jak to robię? Najbardziej lubię obserwować anglojęzyczne konta na IG. I nie mam tu na myśli kont stricte edukacyjnych pod kątem nauki języka angielskiego, ale konta osób anglojęzycznych, które działają w różnych dziedzinach/obszarach zawodowych czy też prywatnych. Dlaczego to lubię? Zalet jest co najmniej kilka: codziennie jestem na IG więc kontakt z językiem jest zapewniony. Przeczytanie posta czy obejrzenie stories zajmuje mi raptem kilka minut. Mam kontakt z żywym językiem dzięki czemu poznaję fajne zwroty, wyrażenia, a oglądając stories osłuchuję się z akcentem tej osoby i mały listening też jest przy okazji. Pozwól, że przytoczę jakiś przykład. Obserwuję konto jednej kobietki z Queensland. Jej IG to pokazywanie normalnego życia jako mamy i żony… taki wiesz… lifestyle. I kiedyś na jej stories,  w którym mówiła do swojego niemowlaczka zobaczyłam taki napis „I just pooped. Brb” Hm… zaciekawiło mnie to. Sprawdziłam w słowniku: „Właśnie zrobiłem kupkę. Zaraz wracam” [skrót brb oznacza „be right back”]. Inny przykład: pewnego dnia scrollując IG zobaczyłam fajne zdjęcie Dziewczyny, którą także obserwuję. Czytam jej post i bach nagle pojawia się „The sun is dazzling me”. Nie znałam tego wcześniej. Po sprawdzeniu w słowniku [„słońce mnie oślepia”] stwierdziłam, że to mega fajny codzienny zwrot. Przyda się.

Psst… nawet go nie zanotowałam do mojego zeszytu, a i tak pamiętam, bo robię to z chęcią, frajdą. Mózg jest wtedy otwarty na wiedzę.

Jeszcze pociągnę temat zanurzenia się w kontekście anglojęzycznych blogów… Lubię czasem wpisać w wyszukiwarkę Google jakiś temat, który mnie ostatnio interesuje, ale wpisuję termin w języku angielskim a nie po polsku po to, aby wyświetliły mi się anglojęzyczne stronki. Nie zawsze czytam artykuł od A do Z, tylko raczej robię to urywkami. Czasem nawet po kilka linijek. I uwierz, że zawsze mi wpadnie w oko jakieś fajne zdanie. Takie kilka minut „blogowego czytania” niesamowicie wzbogaca słownictwo.    

A jak to wszystko potem utrwalam?

  • Powtórki. Powtórki i jeszcze raz powtórki, ale takie bez spiny i biczowania się, że „Ojej dzisiaj mi się nie udało! Ok. Nie udało się. Trudno. To w takim razie postaraj się znaleźć troszkę więcej czasu następnego dnia i nadrobić wczorajszą stratę. I od razu nadmienię, że taka taktyka „bez spiny” sprawdza się jeśli NIE uczymy się do egzaminu. W takim przypadku traktuj naukę nie jako NAUKĘ/WKUWANIE tylko zgłębianie tematu, szukanie językowych perełek, które Ci się przydadzą, a wtedy powtórki też nie będą przykrym obowiązkiem, a ciekawym elementem Twojego dnia.
  • Zeszyt mam zawsze przy sobie, a ponieważ pracuję z domu, to leży on na moim biurku. Zawsze uda mi się te kilka razy do niego zerknąć, aby odetchnąć od blasku monitora i zrobić szybką powtórkę.
  • „Przedrzeźniam”. Tak! Dobrze widzisz:) Mózg uwielbia kiedy uczymy się na głos. To podobnie jak w pisaniu: pisząc angażujemy sporą część mózgu w procesie nauki i podobnie jest przy uczeniu się na głos.  Tak więc nie tylko powtarzaj na głos zapisane zwroty, zdania i słówka ze swojego zeszytu, ale także „przedrzeźniaj” czyli powtarzaj za aktorem jego kwestie podczas oglądania filmu. To samo rób z audiobookami, podcastami czy nawet sprawdzając wymowę w słowniku. Przewijaj, powtarzaj, przewijaj, powtarzaj. I tak po kilka razy.
  • I na koniec wrócę do punktu pierwszego – zero spiny! Przestań traktować naukę słownictwa jako NAUKĘ. Nie narzucaj sobie trudnych do osiągnięcia celów w bardzo krótkim czasie. Nie biczuj się za brak czasu każdego dnia. Owszem super fajnie jest uczyć się języka codziennie, ale na sam początek, aby się wkręcić, możesz spróbować z moim podejściem. Wplataj angielski do swojej codzienności, a jak zaiskrzy wydłużaj czas poświęcony na naukę i powtórki. Pamiętaj, że choćby kwadrans to super fajna strategia! Przynajmniej na sam początek:)

I to jest koniec części pierwszej:) Resztę inspiracji jak uczyć się słownictwa pojawi się w postaci odpowiedzi na Wasze pytania w Newsletterze. Też są tam fajne wskazówkowe perełki. Stay tuned!

A Ty jakie masz sposoby na naukę i utrwalanie słownictwa? Podziel się w komentarzu. A może moje sposoby zainspirowały Cię do wprowadzenia zmian? Daj znać koniecznie:)

12 Komentarze

  1. Karolina pisze:

    Bardzo przydatny wpis – szczegolnie to o wylapywaniu slowek, ktore beda nam przydatne, a nie uczeniu sie wszystkiego, jak leci.
    Czekam na kolejna czesc i ciesze sie, ze wrocilas do bloga! Dziekuje 🙂

    • Jola Cz pisze:

      Kochana bardzo się cieszę, że zainspirowałam do wprowadzenia zmiany:) Nie ma co uczyć się słówek “jak popadnie”, bo raczej znikome szanse, że to wszyyystko zapamiętamy skoro i tak nie będziemy 100% ich używać. Może inaczej sytuacja wygląda kiedy uczymy się stricte pod egzamin… trzeba znać cały materiał i nie ma zmiłuj się;), ale na własne potrzeby komunikowania się niech wkracza ostra selekcja i lepiej uczyć się słownictwa szytych na nasze potrzeby:) Bardzo się cieszę, że wpis się spodobał i mój “come back” do pisarstwa Cię ucieszył:)

    • Agnieszka pisze:

      Dzięki wielkie za artykuł. Zainspirował mnie 🙂 ja też pamiętam te czasy, gdy słówka zapisywałam jak leci do zeszytu. Szczególnie z podręczników. A fajnym pomysłem jest jeszcze uczenie się słówek szczególnie tych trudnych przez skojarzenia i dziwne obrazki, myślę że taka forma też jest dobra

      • Jola Cz pisze:

        Super pomysł! Skojarzenia jak najbardziej na tak! Niektórzy również chwalą sobie metodę układania historyjek z wyrazami/zwrotami, których mają się nauczyć. Ważne, aby ta wymyślona historia była w jakimś stopniu związana z nami, z naszym życie itp. Tak, aby łatwiej się nam te nowe słówka kojarzyły. Obrazki rownież bardzo dobry pomysł. W większości jesteśmy wzrokowcami więc i taka technika się sprawdzi. Nawet można korzystać z własnych talentów plastycznych (nawet nie będąc drugim Picasso) i rysować. To działa podobnie jak ręczne pisanie:) i świetnie wspomaga mózg w procesie zapamiętywania:)

  2. Aneta pisze:

    Bardzo cenne uwagi! Sama zauważyłam, że zmieniło się moje podejście do nauki z wiekiem. Teraz nie umiem wkuwać na pamięć. Zaczęłam oglądać filmy (Netflix wiadomo :)), slucham po angielsku i mam polskie napisy. Zaczelam od krótkich zdań, których nie rozumiałam albo nie znałam np. ” Got my back?”;”Happy to.”. etc. One był takie inne, nie oklepane. Dobry nauczyciel też robi swoje. Pamiętam jak miałam angielski w biurze. No nie miałam czasu siadać do prac domowych, ale miałam bardzo wyrozumiałego nauczyciela. Każdą naszą lekcję zaczynaliśmy od small talk, co tam u mnie, co u niego. I często mówił słowa, których nie rozumiałam. Niby zapisywałam, ale kto by tam zagladał do zeszytu po pracy 🙂 I potem używał tych słów przez kilka kolejnych spotkań i one mi się wbijały w pamięć. Nie musiałam nawet ich wykuwać, po prostu tak często ich używał, aż mi się utrwaliły. Kiedyś też drukowałam dla siebie maile, które dostawałam od Amerykanów czy Anglików. Jak wiedzałam, że ta osoba jest np. z Francki i rozsyłala coś po angielsku to nie drukowałam, ale jak pisał Amerykanin to drukowałam i sobie zakreślałam na kolorowo przydatne zdania. To wcale nie oznaczało, że Francuz pisał źle. Po prostu zależało mi na takich naturalnym angielskim 🙂

    • Jola Cz pisze:

      Super wskazówka z drukowaniem maili i poznawaniem naturalnych zwrotów! Bardzo fajny sposób. Właśnie o to chodzi, aby szukać inspiracji i fajnych kąsków języków w czynnościach, które spotykają nas na codzień. Nawet się nie obejrzymy kiedy same zaczynamy je stosować. To samo z wyłapywaniem fajniejszych zdań z filmów itp. Też tak robię i super się to sprawdza. Dziękuję Kochana za komentarz i podzielenie się swoimi pomysłami na naukę słówek❤️

      • Dorota pisze:

        W liceum moja nauczycielka miała taką taktykę, że co tydzień lub dwa zadawała nam całą listę nowych słówek do wkucia, a na następnych zajęciach była z tego kartkówka. Poświęcałam temu bardzo dużo czasu, a i tak za każdym razem najlepszą oceną było 2. I choć małam całkiem niezłą metodę uczenia (czytaliśmy z bratem te słówka i szukaliśmy do nich skojarzeń) to zapamiętanie w tydzień 100 słówek było dla mnie awykonalne. Do tej pory jak widzę listę słówek to mam dreszcze. I choć czuję ogromne braki w słownictwie to nie jestem w stanie się zmusić do nauki ich. Spróbuję twojej metody z zapisywaniem zdań i definicji. Może uda się w końcu odczarować tę naukę słówek.
        Super artykuł. Dziękuję i czekam na drugą część

        • Jola Cz pisze:

          Kochana bardzo dobrze znam również ze swojej szkolnej przygody. U nas było tak, że trzeba było wkuwać listę słówek, która była na końcu w podręczniku. Zwykły alfabetyczny spis słówek angielskich i tyle. Może ciut coś dało to, że trzeba było sobie samemu je przetłumaczyć więc coś na tym etapie już wchodziło do głowy, ale mimo wszystko rezultaty były kiepskie. Jak może nam coś wejść do głowy skoro jest to nudne? W żaden sposób nie utożsamiamy się z tym? Ile razy było tak, że podczas takiego wkuwania zdecydowana większość z tego słownictwa miała się nijak do naszej codzienności tzn. w życiu byśmy nie skorzystały z większości tych wyrazów? Nauka słownictwa ma być nie nauką dla samego wkucia i zdania jakiegoś tam testu i dostania oceny. To jest bezproduktywne. Nauka słownictwa ma nam służyć, abyśmy były wstanie się porozumieć w wielu sytuacjach. Jutro na stories będę też i tym mówić:) Cieszę się, że artykuł się spodobał. Korzystaj ze wskazówek Kochana! Testu i modyfikuj pod siebie!

  3. Monika L pisze:

    Dziękuję, że przypomniałaś mi o przyjemniejszym sposobie uczenia się słówek. Mój nauczyciel angielskiego, na kursie, już po maturze, stosował właśnie taki system nauczania nas nowych słówek. Pisał słówko, a obok pisał co ono oznacza po angielsku. Jednocześnie przemycał w tym gramatykę 🙂 Dzięki niemu w końcu polubiłam angielski i opanowałam dużo więcej słówek niż wcześniej 🙂

    • Jola Cz pisze:

      Kochana w 100% popieram taką metodę i jak widać u Ciebie także się to sprawdziło. Kontekst, kontekst i jeszcze raz kontekst – to jest niesamowicie istotne w nauce słownictwa. I najlepiej się sprawdza tworzenie takich przykładów, z którymi możemy się w jakimś stopniu utożsamiać czyli niech będą one związane z naszym życiem, zainteresowaniem, pracą, bliskimi, itp. Wtedy o wiele łatwiej jest nam zapamiętać takie słowa. Jeśli się obawiamy budowania własnych przykładów to również mamy wyjście, a nawet dwa. Pierwszy – przepisać przykład ze słownika, który najbardziej do nas przemawia. Drugi – delikatnie zmienić przykład ze słownika pod nas. Cieszę się, że dzięki mojemu wpisowi przypomniałam Ci o przyjemnym sposobie nauki słówek:)

  4. Twoje Dobro pisze:

    W nauce języka najbardziej przydały mi się fiszki i notatki w zeszycie 🙂 Super post!

    • Jola KOBIECY Angielski pisze:

      Notatki bomba! Tak ważny element nauki języka! Super, że to Ci pomogło Kochana. Ja również nie wyobrażam sobie nauki języka bez zeszytu i własnych notatek. Fiszki – również super sposób na poszerzanie słownictwa. Z nimi można wykorzystać każdą wolną chwile na poznanie/utrwalenie kilku nowych słówek. Zero wymówekCieszę się, że wpis Ci się spodobał❤️

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

SKLEP